Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 02 - Krzywe Zwierciadło - Rozdział 17

    Zgodnie z tradycją, zwycięstwo świętowano raczej skromnie, wszelako dowództwo doszło do wniosku, że młodym żołnierzom należy się coś więcej, niż tylko odpoczynek. Zaszczycono ich największą dostępną w wojsku nagrodą, czyli urlopem w domu.

    Randżi wolałby zostać na Eirrosad, ale nikt nie spytał go o zdanie. Jego wahanie uznano za przejaw skromności. Ostatecznie wsiadł wraz z przyjaciółmi na pokład transportowca, lecącego na spokojny Kossut. Nieśmiałe uwagi, że wcale nie pragnie wracać, zbywano kolejnymi gratulacjami. Uznał więc, iż dalsze protesty mogą tylko niepotrzebnie przyciągnąć uwagę niepożądanych osób, i pogodził się z losem.

    Jako oficer, miał wciąż sporo obowiązków, wiążących się z licznymi kontaktami z podwładnymi. Wykorzystywał każdą okazję, aby zadawać rozmaite pytania, czasem na tyle niezwykłe, że zyskał jeszcze opinię osoby obdarzonej niezwykłą osobowością. I rzeczywiście, na tle ogólnej unifikacji myślenia, unifikacji narzuconej przez Ampliturdw, był unikatem.

    Sami Ampliturowie nie potrzebowali podbudowy duchowej, jednak wiedzieli, jak niestałe potrafi być morale sojuszników. Stąd też organizowali im przy każdej okazji manifestacje czy akademie ku czci zwycięzców.

    Póki co Saguio mianował się strażnikiem spokoju brata i chronił go przed wścibskimi. Ciekawe, czy broniłby mnie równie gorliwie, gdyby wiedział, jak starannie unikałem walki, pomyślał Randżi. Niemniej cieszył się z tej opieki.

    Reszta orzekła, że widać bohater jest zmęczony. Uznano, że ma prawo do chwili wyciszenia, introspekcji i w rezultacie nawet najbardziej wytrwali wielbiciele przestali go nachodzić.

    Randżi tymczasem usiłował przygotować się na nieuniknioną konfrontację. Mimo to ciężko przeżył powitanie z uradowanymi rodzicami. Sporo pomogła mu obecność siostry, której genetyczne pochodzenie nie budziło zasadniczo wątpliwości.

    - Świetnie, że wróciłeś, pierworodny - powiedział ojciec i pomasował go miedzy łopatkami, jak to było przyjęte wśród Aszreganów.

    - Tak, synu. Niepokoiliśmy się. I tęskniliśmy.

    Matczyna miłość i ojcowska duma wydały mu się tak szczere, że przez chwilę prawie zapomniał o wydarzeniach minionych miesięcy. Miła, kojąca mgła skryła wątpliwości i rozterki.

    A jednak, gdy pierwsze emocje opadły, odkrył, że unika spoglądania na rodziców. Dręczyła go niepewność. Czy byli kolaborantami, czy może niewinnymi narzędziami? Istotami tak samo oszukanymi, jak on, czy też może wypranymi z uczuć agentami? Może ich "miłość" była tylko wynikiem zimnej kalkulacji? Może "sugestii" Ampliturów? Czy kiedykolwiek pozna prawdę?

    Współczesna nauka pozwalała badać czarne dziury, kwazary, antymaterię i podprzestrzeń... Ale uczucia? Jak je zgłębić? Co może być przydatne? Intuicja? Chemia? Triangulacja?

    Tylko śmiech Synsy brzmiał szczerze w jego uszach. Widać było, że cieszy się ze spotkania z bratem. Dla niej przynajmniej pewne problemy jeszcze nie zaistniały.

    Ale przecież dziewczynka rosła i pewnego dnia dojdzie do tego samego etapu, co bracia. Randżi wiedział, że siostra nie zdoła uchronić się zbyt długo przed rozterkami.

    Urlop trwał już ponad miesiąc, gdy poproszono Randżiego, aby podzielił się swoimi doświadczeniami z nową grupą absolwentów. Nie mógł odmówić.

    Spoglądał teraz ma morze aszregańskich głów. Kadetów było dwakroć więcej niż w pierwszej grupie absolwentów. Najchętniej wykrzyczałby im prawdę o manipulacji, pokazał każdemu z osobna wszystkie stygmaty oszustwa. Wpatrywali się w niego wyczekująco. Pozbawieni dzieciństwa, wolności myśli, wyboru... Randżi ledwo zdołał się opanować.

    Jednak się nie odzywał. Im dłużej trwała kłopotliwa cisza, tym głośniej rozbrzmiewały po bokach szepty dygnitarzy:

    - To trauma...

    - Ale to przejdzie...

    W końcu zmusił usta i język do ruchu, ale zdało mu się, że to kto inny przemawia. On sam, Randżi-aar, słuchał jedynie chłodnej relacji. Nagrodzono go owacją o wiele huczniejszą, niżby można oczekiwać. Nieliczni zawiedzeni byli zbyt dobrze wychowani, by głośno krytykować bohatera.

    Jeszcze niedawno był równie młody i naiwny jak ci, którzy teraz chłonęli jego słowa. Żałował ich, ale nie potępiał dzieciaków. Nie byli winni swojej kondycji.

    Pierwotnie zamierzał poszukać podczas urlopu odpowiedzi na kilka najbardziej istotnych pytań, ale teraz wiedział już, że te nadzieje świadczyły o jego naiwności. Gdyby spróbował rozpytywać lub przekonywać kogokolwiek, zostałby najpewniej odizolowany albo i gorzej jeszcze, oddany pod opiekę "specjalistom" Ampliturów. Ci już by zadbali, aby zniknął po cichu spośród żywych.

    Mimo pogoni myśli dokończył przemówienie, uczynił to beznamiętnie, jakby recytował wykuty wcześniej tekst. Nastroje nieco się poprawiły, gdy poproszono go o odpowiedź na kilka pytań.

    Wypowiadał się jak mógł najostrożniej. Wiedział już przecież, jak bardzo Aszreganie różnią się od Ziemian, wiedział też, kim w istocie są kadeci i jacy bywają Ziemianie. Jednak pora nie sprzyjała szczerości, toteż z ulgą przybrał z powrotem maskę znaną z dzieciństwa, maskę odważnego wojownika, kandydata na bohatera.

    Długo nie mógł potem zapomnieć wyrazu twarzy tych, którzy przyszli mu pogratulować wyczynu. Cały czas dręczyła go świadomość, że są to przecież Ziemianie, wychowani na aszregańską modłę, dzieciaki wyćwiczone, by zabijać swych prawdziwych współplemieńców. Wiedział, że brzmi to dziwnie, ale tę zasadę poznał już wcześniej: prawda wcale nie musi brzmieć wiarygodnie.

    Ostatecznie to gniew pomógł mu utrzymać nerwy na wodzy. W domu czy na oficjalnych spotkaniach, wszędzie baczył pilnie na każde słowo. Po jakimś czasie pojął, jak bardzo ludzką cechą jest ten jego gniew.

    Nowi żołnierze pozwolili nie tylko na uzupełnienie niewielkich strat grupy specjalnej, ale podwoili jeszcze jej liczebność. Randżi otrzymał wszystkie statystyki podczas spotkania ze starszyzną Aszreganów. Na próżno wypatrywał znajomej sylwetki starego nauczyciela, Kouuada. Bardzo chciałby spytać go o kilka rzeczy. Ile weteran naprawdę wiedział?

    Może dość, aby nie zostać zaproszonym na podobne spotkanie.

    Soratii-eev trącił Randżiego w bok, dając znać, że przed front wyszedł jakiś wysoki rangą, szanowany najwyraźniej oficer.

    - Dość już tego leniuchowania. Cel znów was wzywa - powiedział starszy Aszregan. - Wasze dokonania na Eirrosad i Koba to dopiero wstęp do prawdziwych kampanii. Spełniliście wszystkie nadzieje i pora na akcję, która da nieprzyjacielowi do myślenia.

    Randżi i jego przyjaciele poruszyli się niecierpliwie w fotelach.

    - Gdzie tym razem? - spytała z kąta Kossinza-iiv. Mówca ustąpił miejsca innemu oficerowi.

    - Eurosad i Koba to typowe światy sporne. Chcę powiedzieć, że walka o nie trwa od ponad stu lat. Nadeszła jednak pora, aby mając stosowne po temu środki, a przede wszystkim, mając was, przeprowadzić akcję, jakiej od dawna już nie ryzykowaliśmy.

    Uruchomił projektor i nad zebranymi ukazał się obraz jakiegoś nieznanego systemu gwiezdnego włącznie z księżycami, pasem asteroidów i przemykającymi od czasu do czasu kometami.

    Mówca zwrócił ich uwagę na czwartą planetę bladawego słońca. Na jej powierzchni widniał jeden olbrzymi masyw lądowy, otoczony oceanem i pasmami chmur.

    - To Ulaluable - wymówił starannie oficer. - Świat niewielki, ubogi w kopaliny, chociaż ma ich trochę. Leży w istotnej strategicznie okolicy; używając archaizmu można powiedzieć, że tworzy jeden z odcinków frontu, chociaż w kosmosie takie pojęcia nie mają racji bytu. Ma niewiele wysp, łagodny klimat, sporo wyżyn i trochę średnich rozmiarów pasm górskich. Od czasu zasiedlenia, Ulaluable odgrywa wielką rolę w systemie obronnym Gromady. Oczywiście planeta jest silnie broniona.

    Powiększony obraz globu rozjarzył się punkcikami stanowisk ogniowych i baz wojskowych.

    - Szeroko rozrzucone, potężne siły - zauważył Biraczii. - A gdzie są nasze pozycje?

    Obraz globu zaczął się obracać. Co dziwne, na drugiej półkuli nieprzyjaciel miał się równie dobrze.

    - Na Ulaluable nie ma wojny - powiedział oficer i musiał poczekać, aż ucichnie szmer zdumionych głosów. - To świat wysoko rozwinięty, w pełni cywilizowany. Całe wieki temu zasiedlili go Waisowie, chociaż mieszka tam też mniejszość hivistahmska.

    - Ale to znaczy, że lądowanie będzie problemem - mruknęła Kossinza. - Ogień przeciwlotniczy poszatkuje nas, zanim zejdziemy na poziom morza.

    Oficer spojrzał na nią.

    - Wprawdzie to wysoko rozwinięty świat, jednak jego mieszkańcy trudnią się głównie rolnictwem, istnieją też olbrzymie, nie zamieszkane obszary, gdzie nikt nie przeszkodzi nam w lądowaniu i wyładunku. W każdym razie nie od razu. Przede wszystkim jednak mieszkańcy Ulaluable nie spodziewają się naszego ataku.

    - Wcale im się nie dziwię - przyznał Soratii. - Jak wygląda miejscowy garnizon?

    - W większości składa się z Massudów. Trochę Hivistahmów na etatach technicznych. No i garstka, ale naprawdę garstka Ziemian. Wiele czasu poświęcono, aby zdobyć te informacje. Jest jeszcze coś poza topografią, co przemawia za wyborem tego właśnie celu. Większość stacji mocy skupiono na pogórzu, całkiem niedaleko zaś umieszczono centra telekomunikacyjne. Gdybyśmy przejęli je, zanim obrońcy ściągną posiłki, da nam to nie tylko przewagę taktyczną, ale ustawi na uprzywilejowanej pozycji w trakcie ewentualnych negocjacji. Zasadniczym powodem, dla którego nie próbowano dotąd podobnych akcji, jest fakt, że tradycyjne siły, składające się z Aszreganów i Krygolitów, nie są dość mobilne, aby opanować w szybkiej sekwencji aż tyle obiektów. Wasz oddział specjalny może tego dokonać. Taktycy wyliczyli, że prawdopodobieństwo sukcesu jest bardzo wysokie. Miejscowi Waisowie nie stawią naturalnie żadnego oporu. - Przerwał na chwilę i jakby się zawahał. - Nie muszę chyba mówić, jaki wielki będzie to cios dla Gromady.

    - Gdyby wasz oddział był liczniejszy, wtedy moglibyśmy zaatakować jakiś ważniejszy świat - wtrącił wcześniej przemawiający oficer. - Ulaluable została wybrana właśnie ze względu na stosunkowo słabą obronę. Zbyt was cenimy, by posyłać wszystkich na pewną zagładę. Ze względu na specyfikę zadania, udział nie jest obowiązkowy. Nikogo nie będziemy zmuszać.

    Odpowiedziała mu cisza. Nawet Randżi, któremu wiele słów cisnęło się na usta, wolał jednak zamilczeć.

    - Mam nadzieję, że mogę uznać wasz brak reakcji za odpowiedź - powiedział starszy z oficerów. Jego odrobinę młodszy kolega przyjrzał się zebranym.

    - Zapewnimy wam najlepsze z możliwych wsparcie. Doświadczeni w bojach Aszreganie, Krygolici i Mazvekowie. Wy jednak będziecie szpicą ataku. Gdyby okazało się jednak, że mimo starannych przygotowań spotka was klęska, zostaniecie czym prędzej ewakuowani i to niezależnie od ryzyka, jakie będzie to niosło dla załóg lądowników.

    - Nawet gdybyśmy mieli stracić przy tym parę statków - dodał senior. - Dowództwo wysoko was sobie ceni.

    - Ale nie oczekujemy, aby było aż tak źle - stwierdził pewnym tonem młodszy. - W przeciwnym razie operacja pozostałaby jedynie w sferze planowania. A przecież poczyniliśmy już daleko idące przygotowania.

    Randżi poczuł się nieswojo. Inni też wyglądali na lekko zmieszanych. Wszystko spadło na nich tak nieoczekiwanie, było niezwykłe i niecodzienne. Od tysięcy lat Ampliturowie nie prowadzili podobnych operacji, a tu proszę, błyskawicznie dostosowali taktykę do nowych możliwości. Ciekawe, jak zareaguje Gromada?

    - Wszyscy zostaliście awansowani i nie zdarzyło się to przypadkiem - odezwał się znów starszy oficer. - To niezwykłe, chociaż znamy precedensy. Dowództwo docenia wasze sukcesy i jest z was dumne. - Poszukał kogoś wzrokiem. - Ty, Randżi-aar, jesteś od dzisiaj oficerem w stopniu polnego podłącza.

    Kossinza aż westchnęła. Soratii nawet się nie ruszył. Jeśli zazdrościł koledze przeskoczenia paru stopni, to niczego po sobie nie pokazał. Randżi pomyślał, że chyba to niczego nie zepsuje, przecież są przyjaciółmi od dzieciństwa...

    Nie pragnął zostać dowódcą, jednak niepodobna odmówić przyjęcia takiego zaszczytu. Zostałby wykluczony z grona. Jednak z drugiej strony, nie będzie dłużej mógł unikać zabijania, co gorsza, przyjdzie mu kierować mordowaniem...

    Nic to, pomyślał, na takim stanowisku lepiej upilnuję brata od złego. Świadom wielu wpatrzonych weń oczu spytał w końcu:

    - Kiedy wyruszamy?

    - Przygotowania zajmą jeszcze pięć dni - powiedział oficer. - Macie dość czasu, by pożegnać się z rodzinami. Odpoczywajcie, cieszcie się życiem i jednoczcie w Celu. Spotkanie dobiegło końca.

    - Uważaj na siebie.

    Ojciec stał z nim na skraju rodzinnego majątku i razem oglądali zachód słońca. Randżi miał ochotę wykrzyczeć mu w twarz pytania i oskarżenia, ale milczał. Nie miał wyboru.

    - Będziesz miał oko na brata.

    - Tak, ojcze.

    Pole ciągnęło się aż po płonący szkarłatem horyzont. O tej porze roku było puste, brunatne i płaskie, tylko gdzieniegdzie wyrastało niskie i pokręcone drzewo kekuna.

    Słońce zniknęło za krzywizną planety i obaj ruszyli z powrotem do domu.

    - Wiesz, Randżi, od czasu powrotu zachowujesz się jakoś dziwnie.

    - Dziwnie? - spytał, wpatrując się w niedawno zaoraną bruzdę.

    - Nie rozumiemy z matką, co cię tak zmieniło. Na pewno dobrze się czujesz?

    Troska ojca o niczym jeszcze nie świadczyła. Mógł dostać takie polecenie. Randżi nie miał jak tego sprawdzić.

    - Przykro mi, jeśli byłem jakiś inny. Ale wojna wiele zmienia.

    - Nie, to nie to.

    Randżi przystanął i uśmiechnął się lekko.

    - Będę uważał na siebie i na Saguia. Zrobię, co w mojej mocy. - Przynajmniej ta ostatnia obietnica była prawdziwa.

    Pomyślał, że lepiej będzie rozproszyć jakoś wątpliwości ojca. W przeciwnym razie starszy pan może zacząć szukać odpowiedzi gdzie indziej, na przykład u dowództwa garnizonu lub nawet u Ampliturów. Lepiej nie ryzykować.

    Pożegnania przebiegały spokojnie do chwili, gdy pochylił się nad siostrą. Rozpłakała się i przytuliła do Randżiego. Poczuł, jaka jest silna. Ku swemu zdumieniu odkrył, że sam też płacze. Wzruszony widać (a może tylko uspokojony) tym ojciec ograniczył pożegnanie do minimum i o nic już nie pytał.

    Randżi odwrócił się i spojrzał przez tylną szybę pojazdu na malejący budynek, na pola, gdzie bawił się jako dzieciak... jedyny dom, jaki dane było mu mieć. Coś podpowiadało młodzieńcowi, że widzi go po raz ostatni.

    Przebieg pożegnania sprawił, że Randżi przestał winić rodziców. Przecież przez ponad dwadzieścia lat darzyli go miłością i zrozumieniem. Znając prawdę, nie potrafiliby udawać. Nie kochaliby tak ludzkich dzieci. Za sprawą Ampliturów lęk przed Ziemianami był powszechny. Lek a może i nienawiść... Ojciec i matka musieli być ledwie narzędziami, wykorzystywanymi i niewinnymi w tym samym stopniu co ich dzieci. Nie mogło być inaczej... Randżi nie chciał, aby było inaczej.

    - Co o nim pomyślą, gdy prawda wyjdzie na jaw?

    Pojazd przyspieszył i pomknął przez noc.

   

   

    Rozmowa trzech Waisów przypominała raczej bijatykę i nawet translator bezradny był wobec bogactwa przekazu. Pozory wszakże myliły: ptakowaci nawet się nie kłócili. Zresztą, żaden Wais nigdy nie okazałby emocji w obecności obcego.

    - Czemuż odwołani zostaliśmy od codziennych obowiązków? - spytała ptakowata. - Jakiż powód był tak ważny?

    Przesunęła palcami po naszyjniku, który podkreślał jej pozycję społeczną, a poza tym był po prostu dziełem sztuki. Kolorem upierzenia i fryzurą nie różniła się zbytnio od dwóch męskich towarzyszy.

    - Mamy powody przypuszczać, że nieprzyjaciel szykuje coś niezwykłego - odpowiedział S'van.

    - A czemuż to mielibyśmy się interesować poczynaniami Ampliturów?

    S'van powstrzymał cisnące się na usta komentarze. Waisowie bywają jednak denerwujący.

    - Otrzymaliśmy wiadomość, że planują napaść na jeden z rdzennych światów Gromady.

    Informacja była raczej przygnębiająca, ale żaden z ptakowatych nie okazał po sobie zdenerwowania.

    - Trudno w to uwierzyć - powiedział jeden.

    - Przekaz jest kontrowersyjny, ale mamy jednoznaczne dowody.

    - Który świat ma spotkać to nieszczęście?

    - Nie wiemy jeszcze na pewno - mruknął S'van żałując, że nie ma ze sobą przenośnej mównicy. Zawsze to o parę stóp wyżej i nie musiałby bez przerwy zadzierać głowy. - Dzięki poświęceniu naszych informatorów zdołaliśmy zawęzić listę potencjalnych celów do trzech. To Tuo'olengg, Kinar i... Ulaluable.

    S'van po raz pierwszy w życiu miał okazję ujrzeć Waisów straszących pióra na karku. Tak, to była wiadomość...

    - Jak to możliwe? - spytał zupełnie przybity ptakowaty. - Przecież Ampliturowie wiedzą już z doświadczenia, że na tak rozwiniętym świecie ich siły inwazyjne czeka marny koniec? Tyle chyba już się nauczyli?

    - Też tak pomyśleliśmy - zgodził się S'van. - I dlatego właśnie staraliśmy się uzyskać potwierdzenie tej informacji. Skłonni jesteśmy uznać ją za prawdziwą. Nieprzyjaciel nie angażowałby tak olbrzymich sił w zwykły manewr pozoracyjny. Tak czy siak, uznaliśmy, że nie wolno czekać z założonymi rękami. Obecnie pytam was, jako że tworzycie Funkcyjny Triumwirat Ulaluable, czy chcecie, abyśmy przeciwdziałali?

    Waisowie odpowiedzieli zgodnym milczeniem.

    - Tego właśnie po was oczekiwałem - mruknął S'van z satysfakcją. - Wielka Rada postanowiła podjąć stosowne środki bezpieczeństwa na wszystkich trzech światach. Jeśli Ampliturowie chcieli zmusić nas jedynie do przegrupowania sił, to tyle akurat osiągnęli. Dostaniecie wszystkie oddziały, które tylko Dowództwo Połączonych Sektorów zdoła zluzować z innych garnizonów.

    - Ale co opętało Ampliturów, aby podejmować operację z góry skazaną na fiasko? - spytała Wais.

    - Zapewne nieco inaczej obliczają swoje szansę - odezwał się towarzyszący S'vanowi Massud. - Słyszeliście chyba o ich nowych żołnierzach? Dali nam się we znaki na Eirrosad.

    - Słyszeliśmy. Nie walczymy, ale nie pozostajemy obojętni na przebieg wielkiego konfliktu.

    - Jeśli zaatakują Ulaluable, wtedy zacznie was on żywo obchodzić - powiedział ktoś trzeci, kto wysunął się zza Massuda. Mimo beczkowatej sylwetki Ziemianin górował wzrostem nad S'vanem i Waisami. Miał bujne wąsy i gęste bokobrody. Ptakowaci cofnęli się mimowolnie.

    - Wolelibyśmy wiedzieć na pewno, o którą z trzech planet chodzi, bo musimy rozpraszać siły, ale trudno. Ulaluable dostanie tyle samo, co pozostałe dwie. Obiecuję, że zrobimy, co w naszej mocy, jednak muszę prosić was o ogłoszenie stanu wyjątkowego. To drugi powód, dla którego musieliśmy się z wami spotkać. Nie chcemy paniki.

    - Waisowie nie wpadają w panikę, sir.

    - Jasne - mruknął pod nosem Massud. - Wystarczy pistolet na wodę, a zaraz wrastają w ziemię. Wais spojrzała na niego z ukosa.

    - Zrobimy, co do nas należy. Przedsięweźmiemy odpowiednie kroki... chociaż nie wiem, jak w pełni cywilizowana rasa może przciwstawić się prymitywnej agresji. Jako pochodzący z wyboru przedstawiciel mieszkańców, zapewniam o chęci pełnej współpracy. Nie zdołamy nikogo "zabić", ale i tak możemy przyczynić się do wzmocnienia systemu obronnego.

    - Wiemy, że Waisowie nie walczą - przyznał pojednawczo S'van. - Pamiętamy o tym. My, S'vanowie, jesteśmy tacy sami. Rada skierowała już tu znaczące siły zbrojne. Massudów i Ziemian.

    Pióropusze Waisów przybrały już normalne rozmiary.

    - Musicie wiedzieć, że ziemskie oddziały nie stacjonowały nigdy na Ulaluable ani na żadnym świecie Waisów. To jedno z postanowień poprawki do Konwencji Gromady.

    S'van odnotował kątem oka, że muskularny Ziemianin jakby zdrętwiał. Misiowaty musiał przyznać, że mężczyzna jest i tak wyjątkowo opanowany i rozsądny, nie odezwał się bowiem, zostawiając rozwiązanie tego problemu S'vanowi.

    - Ziemianie zostaną ulokowani wyłącznie wokół najważniejszych centrów przemysłowych i węzłów łączności. Nie trafią do miast. Zdecydowana większość mieszkańców planety nawet ich nie ujrzy.

    - Nam to nie przeszkadza - mruknął oficer. Wais udała, że nie słyszała komentarza.

    - Jesteśmy wdzięczni za wszelką pomoc, udzielaną nam przez sojuszników. Odnoszę wrażenie, że tym razem i tak nie mamy wyboru.

    - Wręcz przeciwnie - powiedział S'van. - Jeśli zgłosicie zdecydowany protest, zwolnione tutaj siły Ziemian zostaną ulokowane na pozostałych dwóch zagrożonych światach jako dodatkowe wsparcie.

    - To nie jest konieczne - stwierdziła czym prędzej ptakowata. - Musicie tylko zrozumieć, że podczas gdy wy borykacie się z problemami natury militarnej, my skupiamy uwagę na kwestii nienaruszalności delikatnej tkanki społecznej.

    - To rozumiem - uśmiechnął się S'van. Spośród wszystkich ras tylko S'vanowie i Ziemianie cenili sobie uśmiech. Szkoda tylko, że brody misiowatych nie pozwalały z reguły dostrzec tego sympatycznego grymasu. - Mam nadzieję, że nie o te planetę chodzi.

    Troje ptakowatych zagwizdało delikatnie w odzewie. Każdy w innej tonacji.

    - Dziękujemy za troskę - powiedziała Wais. - Rozumiemy, że okoliczności są wyjątkowe i wymagają podjęcia niezwykłych kroków. Chętnie powitamy na naszej ziemi dodatkowe oddziały Massudów i Ziemian.

    - Tymczasowo - dopowiedzieli chórem jej towarzysze.

    Ziemski oficer przyglądał się temu w milczeniu. Zbyt długo służył już w szeregach Gromady, by podobne reakcje jeszcze go drażniły. Najczęściej trafiał na mur obojętności. Westchnął z rezygnacją. Czasem trudno jest być człowiekiem, szczególnie wśród Waisów.

    Wiedział, że dostarczą wszystkich potrzebnych materiałów i surowców, ale na tym się skończy. Raz widział ptakowatego, którego nadzwyczaj pechowy zbieg okoliczności zmusił do użycia broni. Biedak strzelił raz z maleńkiego pistolecika i padł zemdlony. To żadne wojowanie. Obrona tej planety spocznie na barkach Ziemian i Massudów. Ale taki jest porządek rzeczy i trudno, powiedział sobie oficer.

    Po cichu pragnął, aby to spotkanie zakończyło się jak najszybciej. Wiedział, że ktoś musi bronić tych wszystkich biedaków i godził się z rolą najemnika. Jednak nie przepadał za towarzyszącymi temu reakcjami sojuszników. Jak większość ludzi został wychowany na żołnierza. Potrafił działać, dyplomację zaś miał za nic. Nawet sympatyczny S'van zaczynał mu z wolna działać na nerwy.

    Pogładził swój służbowy pas. Podobnie jak buty, został wykonany z materiału lekkiego, dość miękkiego i miłego w dotyku. Materiału wytworzonego przez Waisów. I na tym właśnie polega Gromada, pomyślał. Każdy robi swoje. Waisowie projektują, Leparowie noszą ciężary, Hivistahmowie budują, O'o'yanowie wykańczają, a S'vanowie trzymają to wszystko w kupie. I tak dalej, rzecz jasna. Turlogowie myślą. A Ziemianie i Massudzi? Cóż, zabijają wrogów wszystkich pozostałych.

    Oficer przyznał w duchu, że jego sytuacja miała pewien zasadniczy plus: była przynajmniej jasna.



Strona główna     Indeks